Disqus for http-www-niepospolita-nl

JAK INNI WPŁYWAJĄ NA JAKOŚĆ TWOJEGO POBYTU W HOLANDII?


Często przeglądając fejsbukowe grupy dla Polaków w Holandii natykam się na posty w stylu co powiecie o biurze XYZ? Albo Dziewczyna właśnie wyjechała do ABC i… czasem jest jeszcze stanowczo nie polecam JKL, bo… . Czytając te posty odnoszę wrażenie, że niemal każdy Polak w Holandii jest nieszczęśliwy, bo został oszukany, albo ma niską stawkę, bo przyjeżdża hołota, która się na niską stawkę zgadza i psuje standardy etc… Dlatego dziś opowiem Wam o dwóch biurach pośrednictwa pracy, w których miałam okazję pracować. A właściwie o tym, jak opinia kogoś ma się do Twojej konkretnej sytuacji i jak można z najlepszego biura przejść do najgorszego. Gotowi?

Na początek napiszę, że w większości przypadków decydując się na pracę w Holandii, decydujesz się na pracę przez biuro pośrednictwa pracy. I zazwyczaj jest to bardzo ok., zwłaszcza, jeśli jesteś studentką i nie chcesz wynajmować mieszkania na osiem tygodni, wtedy jeśli ktoś oferuje Ci pracę i jeszcze zakwaterowanie to zwyczajnie w to wchodzisz. Teraz dodam, że wiele jest biur, które nie zajmują się hotelingiem, ale skupiają się tylko i wyłącznie na organizowaniu pracy. I to też jest całkiem ok., jeśli przyjechałaś na dłuższy czas i nie zamierzasz użerać się z tabunem ludzi każdego wieczoru po przyjściu z pracy. Zakładam, że wiesz, jak działa biuro pośrednictwa pracy i przejdę do clue.

Jedno z biur, które opiszę to pierwszy przykład: polskie biuro z odpowiednikiem w Holandii, tabunem ludzi na domkach firmowych plus opieka polskiego koordynatora. Nazwę to biuro L. Drugie, to typowo niderlandzkie biuro, które poza pracą nie ogarnia nic innego, a kontakt jedynie po niderlandzku lub angielsku. I to biuro nazwę M.

I nie, nie piszę tego posta, żeby się skarżyć, ale żeby uczulić Was, że każdy jest inny, że czyjaś opinia nie powinna wpływać na wybór biura pośrednictwa pracy i że często to od innych ludzi, a nie od biura zależy jak czujemy się w danym środowisku.

Kiedy dowiedziałam się, że będę studiować w Niderlandii postanowiłam zdać wszystkie zerówki i przyjechać do Holandii wcześniej, żeby dorobić sobie do stypendium. Mój (wtedy jeszcze) chłopak i jego brat pracowali w biurze L i bardzo sobie to biuro chwalili. Miałam też wcześniej styczność z ludźmi pracującymi przez te biuro i faktycznie nikt się nie skarżył. Poszłam więc do filii w Opolu i zgłosiłam swoją kandydaturę zaznaczając jak zwykle, że mogę wyjechać od zaraz. Przemiły pan w Opolu zerknął na moje długie cv i stwierdził, że ma dla mnie pracę na cebulkach – dużo godzin, praca przyjemna, na siedząco, dla studentki jak znalazł. Przeczytałam umowę dwa razy i podpisałam wszystko.

Do domu dostałam kopię umowy i długopis. Zgrzyt pojawił się, kiedy poinformowałam miłego pana, że mam własny transport do Holandii, ale jakoś to przełknął i dwa dni później trafiłam na północny wschód Niderlandii.

Oczywiście zakwaterowano mnie razem z moim chłopakiem i poinformowano, że mam czekać na smsa, o której przyjedzie po mnie transport do pracy. Minęły trzy dni, zamiast Czekaj o… na… dostawałam smsy o treści Tomorrow free… Nieco zdezorientowana (nie był to mój pierwszy wyjazd do Holandii) i jeszcze bardziej wkurzona wybrałam się do biura L. Dowiedziałam się, że cebulki ruszą w przyszłym tygodniu i że mam czekać. Wynegocjowałam, że za ten tydzień siedzenia w Holandii nie zapłacę.

Po tygodniu darmowego mieszkania biuro L wysłało mnie do pracy. Nie, nie na cebulki, ale do odchwaszczania na pole. Praca to praca pomyślałam sobie i tu dodam – co będzie istotne później – że spośród grupy dziesięciu osób pracujących na tym polu jako jedyna mówiłam po angielsku, więc dodatkowo załapałam się na pracę tłumacza ;) Po trzech dniach na polu rozpadało się na dobre i znów przeczytałam tomorrow free. Deszcz, nie deszcz wybrałam się biura dowiedzieć się co z tymi cebulkami do cholery.

Prawda była – bądź co bądź – okrutna. Byłam po prostu za stara! Na cebulki wysyłali tylko wiekówki, a ja skończyłam 23 lata w maju. Zdziwiona i wściekła zażądałam innej pracy. Dostałam inną sezonówkę. Trwała dwa tygodnie, po czym wszystkich wysłali na domki. Przeliczyłam, ile zarobiłam przez cały miesiąc, cóż, bywało gorzej, ale miałam wtedy wiekówkę, więc postanowiłam szukać na własną rękę. Wydrukowałam kilka cv i ruszyłam w miasto. Nie mówiłam wtedy po niderlandzku, co stanowiło problem w większości wypadków, ale nie poddawałam się, skoro w biurze L wiecznie miałam tomorrow free cóż miałam do stracenia?

Po jakimś czasie dowiedziałam się, że podobno odmówiłam pracy w biurze L, że koordynator do mnie dzwonił, a ja nie chciałam pracować i byłam niemiła. Kiedy pojawiłam się w biurze, żeby to wyjaśnić okazało się, że… koordynator pomylił mnie z inną dziewczyną. Niesmak jednak pozostał, a ja postanowiłam, że nie puszczę tego płazem. Zaczęłam szukać kontaktu do właściciela biura, oczywiście strona internetowa w tamtym czasie była tragiczna, jedyna informacja, jaką można było zdobyć, to taka, że jeśli z dnia na dzień będziesz potrzebował pięćdziesięciu osób ekstra to biuro L jest w stanie Ci je zapewnić. Ciekawe, co działo się z tymi osobami, kiedy kończyła się akcja…

Pod koniec lipca w końcu zdobyłam numer do właściciela biura. Przedstawiłam się, swoją sytuację i napomknęłam przy okazji o wykształceniu itd… W odpowiedzi usłyszałam, że biuro L nie szuka ludzi z wyższym wykształceniem ani ze znajomością języka, tylko po prostu rąk do pracy. Oczywiście, bo ktoś mówiący tylko po polsku nigdy nie zadzwoniłby do Holendra, żeby poinformować go jaka samowolka panuje wśród jego koordynatorów. Kiedy poinformowałam pana właściciela, że jestem polską dziennikarką zmienił nieco ton i powiedział, że postara się mi pomóc.
Wcześniej napomknęłam, że byłam jedyną osobą, która potrafiła się porozumieć w innym języku, prawda? Nie pasowałam do grupy, ale ciekawe, kto tłumaczyłby polecenia właściciela pola? Chyba nie Pan Właściciel biura L osobiście?

Następnego dnia zadzwonił do mnie jeden z koordynatorów z zapytaniem, czy szukam pracy na dłużej. Mając w pamięci trzydniowe wypady na pole i tygodniową akcję w szklarni odpowiedziałam, że tak, z nadzieją, że znajdą mi coś do końca sierpnia. Owszem, znaleźli. Zrobiłam błyskotliwą karierę, już trzeciego dnia właścicielka szklarni zapytała, dlaczego wcześniej nie przyszłam do niej do pracy. Głupie pytanie, nieprawdaż? Pod koniec sierpnia złożyłam wypowiedzenie, gdyż rozpoczynałam studia w innej części Niderlandii. Nie obyło się bez kłótni – przecież deklarowałam gotowość na dłuższy okres czasu… Owszem, ale na koniec maja, a pracę dostałam pod koniec lipca! 

Wyprowadziłam się, ale zamiast dwóch zaległych wypłat zaczęłam otrzymywać minusowe salarisy. Kiedy zadzwoniłam do biura, żeby to wyjaśnić okazało się, że zaginął klucz od domu, który miałam zdać przy wyprowadzce i że podobno dalej pomieszkuję w ich domku firmowym. Zapytałam czy ktoś to sprawdził, oczywiście nie, ale ludzie mówią… Poinformowałam polskiego koordynatora, że zadzwonię do jego szefa, żeby to wyjaśnić, a on się tylko roześmiał.

Po raz kolejny skontaktowałam się z właścicielem biura L. Rozmowa nie była miła, ale bardzo konkretna, w końcu oboje byliśmy dorosłymi ludźmi. Znałam swoje prawa i poinformowałam go o tym, poprosił o skany niezapłaconych tygodniówek i o dyskrecję. Co więcej, okazało się, że jeden z koordynatorów wsadził mój klucz do kieszeni i o nim zapomniał (!!!). Po miesiącu odzyskałam pieniądze. Podobno jestem teraz na czarnej liście w biurze L… Ojej…



Po studiach nie potrzebowałam biura, które trudni się hotelingiem, dlatego zgłosiłam się do niderlandzkiego biura M. Trafiłam na młodą, energiczną i mega kompetentną panią koordynator. Szybko znalazła mi pracę, za dobrą stawkę na start, co więcej była koordynatorką dla ludzi, kłóciła się z szefem, jeśli źle traktował pracowników i wywalał ich z byle powodu. Przekonana, że trafiłam do najlepszego biura ever poleciłabym to biuro każdemu. Kiedy zaczynałam pracę w tej firmie na start dostałam taką stawkę, jaką inni wcześniej mieli po roku pracy. Trafiłam w dobry czas, bo szybko zmieniła się polityka firmy i znów nowi zaczynali od 9 € z groszem. W międzyczasie polityka firmy zmieniła się jeszcze kilka razy, oczywiście na gorsze…

Po roku idealnej współpracy z dziewczyną, która wiedziała, co robi i co to znaczy zarządzać ludźmi dowiedziałam się, że ona odchodzi z pracy. Na jej miejsce przyjęli dziewczynę, której jedynym atutem było to, że mówi po niderlandzku.

Pomijając fakt, że nowa kompletnie nie miała pojęcia, co robi się w firmie i oprowadzała potencjalnych pracowników nie po tym dziale, do którego docelowo mieli trafić, to w ogóle nie stanowiła oparcia dla pracowników tymczasowych – jedna z koleżanek rozchorowała się i napisała do niej, że jest chora, nie przyjdzie do pracy. Koordynatorka odpisała, że przekaże to szefowi i żeby szybko wracała do zdrowia. Szef jednak stwierdził, że koniecznie tej dziewczyny potrzebuje w pracy i nic go to nie obchodzi, że ona ma wolne. Chora i zmęczona dziewczyna przyszła do pracy, bo koordynatorka nie umiała ogarnąć zastępstwa, ani powiedzieć jasno, że ta dziewczyna jest chora, ma gorączkę. Osoby, które pracowały już na fazie B nagle dostały do podpisania umowę z fazą A, bo koordynatorka pomyliła daty. Kiedy ja zgłosiłam chorobowe zapytała mnie, czy aby na pewno chcę się zwolnić?

Dziewczynę, której nie przedłużono umowy, ponieważ z powodu ciąży zaczęła pracować nieco wolniej miła pani koordynatorka wysłała po kuroniówkę. Jedną z zasad otrzymywania tego zasiłku w Holandii jest jednak to, że trzeba stale szukać nowej pracy, czego ciężarna dziewczyna nie mogła spełnić. Na prośbę zgłoszenia chorobowego koordynatorka z biura M odpowiedziała, że jeśli ktoś się sam zwalnia to nie przysługują mu pieniądze.

Najlepsze jest to, że poprzednia dziewczyna ogarnęłaby to, zanim ciążę byłoby widać, bez stresu, kłótni i bezsensownej wymiany zdań. Z najlepszego biura trafiłam do najgorszego tak naprawdę nie ruszając się z miejsca. 

Biuro L nadal istnieje i ma się świetnie, podobnie jak biuro M. Oba „żerują” na ludziach, którzy nie walczą o swoje. A tak nie wolno! Musicie znać swoją wartość i wartość swojej pracy. A jeśli nie ma poprawy? Szukać gdzie indziej! Tak też kilka razy zrobiłam, ale to chyba innym razem ;)

Podsumowując… To, czy odnajdziecie się w danym miejscu, czasie i pracy tak naprawdę w minimalnym stopniu zależy od Was, ale głównie od osób, które będą tam z Wami. O biurze pośrednictwa pracy często świadczą koordynatorzy, a ich samowolka stanowi o…
| nie polecam 
| oszuści, złodzieje

Pamiętajcie o tym wpisując na fejsie frazę "Co sądzicie o..."

Miłego dnia,
Simona

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz