Disqus for http-www-niepospolita-nl

MARZENIA O HOLANDII.


W pewną lipcową noc przemierzałam na rowerze senny Obdam. Śpieszyłam się, było już późno, a ja następnego dnia musiałam wstać wcześnie i pójść do pracy. Noc była ciepła i jasna. Jasna, dzięki przepięknie oświetlonym oknom mijanych przeze mnie domów. Zaciekawiona zerkałam w piękne przystrojone witryny.
Rodziny, całe rodziny zbierały się przy stolikach kawowych i kominkach, żeby wypić po szklance jenevera (to dorośli) i gorącego kakao (to dzieci). Zbierali się, żeby porozmawiać, pograć w karty, pobyć razem. Zatrzymywałam się czasem, żeby popatrzeć. Siedzieli w kręgu, wszyscy razem, śmiali się, ucztowali, cieszyli się sobą. Żadnych komputerów, telefonów, tylko ożywiona rozmowa en face. Offline. To było jedno z tych doświadczeń, kiedy uświadamiasz sobie, jak bardzo Holendrzy różnią się od Polaków, jak bardzo nasze kultury i religie wpisały nas w ramy postępowania, a także myślenia.

Och, jak ja lubiłam te swoje niderlandzkie wojaże! Rowerem pod osłoną nocy w Niderlandii nie bałam się nigdy. Moja wyobraźnia w tej kwestii chyba teraz jest żywsza. Lubiłam też otwartość Holendrów, niezasłonięte okna, blask świec na parapetach i urok lampek choinkowych właśnie w lipcowe noce. Przypominały mi, jak w wiele grudniowych nocy szłam przejść się po Opolu i skręcałam w ulicę Czaplaka, żeby spojrzeć w witrynę kawiarni Book a Coffee.
Zawsze było tak pięknie, jak z bajki - często na zewnątrz był śnieg i zima, a po tamtej stronie światełka, ludzie siedzący na miękkich kanapach, z kubkiem pysznej kawy w ręku, czasem sami, z książką, a czasem wtuleni w siebie. Lubiłam przystanąć przed tą witryną i uśmiechać się sama do siebie widząc zakochane pary wpatrzone w siebie jak na pierwszej randce (co nie znaczy, że później ludzie już tak nie patrzą!). Piękne dziewczyny w wielkich, wełnianych swetrach oversize z idealnymi kreskami na powiekach i paznokciami pomalowanymi na czerwono, w jeansach i karmelowych kozaczkach albo w leginsach w śnieżynki i tych śmiesznych emo butach. I ich mężczyźni o mocno zarysowanych szczękach, z dwudniowym zarostem, i wielkimi, błyszczącymi oczami. Mężczyźni o silnych rękach, z błyszczącymi zegarkami na nadgarstkach, ubrani w luźne bluzy i jeansy. Uśmiechnięci i wpatrzeni w swoje dziewczyny, czasem trzymali je za ręce, a ich uściski były pewne i władcze, widać było, że nie widzą świata poza sobą. Single pewnie też by się znalazły, ale ja stałam i marzyłam, że pewnego dnia też usiądę tam z ukochanym i będziemy jedną z tych pięknych, wpatrzonych w siebie par. To było najmagiczniejsze miejsce jakie znałam. Bardzo inspirujące.

Takie też były niderlandzkie okna. Biło z nich ciepło, radość i spokój. Wszystkie te pozytywne emocje udzielały się mi - wracałam do domu uśmiechnięta i spokojna. Często później zastanawiałam się, jakie będzie moje niderlandzkie okno. Chciałam, aby na ulicę wychodziło okno z salonu, a nie z kuchni. Chciałam, aby samotny przechodzeń patrząc w moje okno czuł to samo, co ja. Żeby widział dobro, miłość i radość. I żeby trochę mi zazdrościł, tak, jak ja zazdrościłam tym ludziom. Że są otoczeni rodziną, że kochają, że mają tę drugą osobę. Cóż, ja w sennym Obdamie często bywałam sama. Był to mój pierwszy raz, kiedy świadomie wybrałam pokój jedynkę, kiedy przytargałam do niego łóżko z innego pokoju i kiedy pierwszy raz zainspirowały mnie promienie zachodzącego słońca wpadającego przez wielkie okno do mojego pokoju. sama się sobie dziwiłam jak dotąd mogłam żyć w zgiełku akademika, w pokoju, przez który przewijało się mnóstwo ludzi. Podczas juwenaliów w naszym malutkim pokoiku spało osiem osób i normalne poruszanie się po pokoju było raczej niemożliwe. Delektowałam się swoją samotnością i aurą tajemniczości. Delektowałam się tym, że jestem wolna. Oto napisałam i pracę licencjacką i obroniłam się. Oto czekały mnie zmiany i to drastyczne, jak się później okazało, ale wtedy, w lipcu nic się nie liczyło.

Napawałam się rodzinnymi spotkaniami offline, bo sama też wtedy byłam offline. W domku agencyjnym internetu nie było, chodziliśmy więc na sesje pod Spara, ochoczo logowaliśmy w pracy, ja dużo podróżowałam wtedy pociągami. Piękne, minione czasy. Teraz, kiedy myślę o tamtym lecie i spokoju, jaki mi wtedy towarzyszył myślę sobie, że to trochę cisza przed burzą była. Wkrótce bowiem musiałam opuścić senną mieścinkę w Noord Holland. Praca się dla nas skończyła, moje współlokatorki zaczęły ochoczo pakować się do Polski, a ja... Ja nie umiałam się z tym pogodzić. Jak to?! Jest dopiero koniec lipca! Jak to do Polski? NIE!

Opracowałam plan przeprowadzki. Szczęśliwie moja siostra też spędzała wtedy wakacje w Holandii, tam pracy było więcej, postanowiłam się tam przenieść. Rozpisałam wszystko w swoim czerwonym brulionie, sprawdziłam w sieci połączenia, wydzieliłam na podróż część budżetu i spakowałam rzeczy. Było mi smutno opuszczać Noord Holland na rzecz innej, nieznanej mi dotąd prowincji. Czas pokazał, że słusznie - Flevoland nie został moją ulubioną prowincją.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz