DELFT - NIEBIESKIE MIASTO

Przez długi czas kiedy myślałam o mieszkaniu w Niderlandii tak naprawdę chciałam mieszkać w jednym miejscu – w Delfcie. Wiedziałam to ja, moi bliscy, każdy, kto wszedł na mój profil na fejsie, każdy, kto znał mojego tumblra, każdy, kto mnie poznał i pytał poznawał to słowo – DELFT. Dziś opowiem Wam, dlaczego uznałam, że tylko tam i nigdzie indziej będę szczęśliwa. Co takiego jest w tym mieście i dlaczego podoba mi się jego nazwa. 
Nazwa miasta pochodzi prawdopodobnie od słowa delven, czyli kopać, kopalnia, czy też zagłębiać. Obecnie słowo delft oznacza także fajans. Na początku podobała mi się nazwa. I to, że nie ma polskiego odpowiednika, jak Leiden (Lejda) i większość niemieckich miast (bardzo długo nie wiedziałam co to Norymberga...). Później kilka razy przejeżdżałam przez to miasto podróżując pociągiem z Vlaardingen do Leiden. Później odwiedziłam to miasto. Delft to stare miasto, prawa miejskie uzyskało w 1246 roku. Uznawane jest za jedno z najpiękniejszych – a według niektórych źródeł najpiękniejsze – miasto Niderlandów. Fakt - jest piękne, przypominało mi Leiden i Hoorn klimatem. I mimo, że do morza jest stąd dalej niż z Leiden i nie ma zatoki jak w Hoornie to Delft ma taki urok typowy dla starych, niderlandzkich miast.
Już sam budynek dworca robi wrażenie, a spacerując wzdłuż kanału Westsingel podziwiać możemy piękną, średniowieczną zabudowę. Z dworca w zaledwie kilka minut trafić możemy do serca Delftu, szklanej niebieskiej bryły, która nie wszystkim przypomina serce, ale niewątpliwie nim jest. Zwiedzający robiący sobie przy nim zdjęcie oprócz Hart van Delft mają w tle często kawałek ratusza albo Nieuwe Kerk, jednego, z najpopularniejszych zabytków. Nieuwe Kerk (po polsku Nowy Kościół) dla zwiedzających jest zamknięty w niedziele, ale z najwyższej wieży można przy dobrej pogodzie zobaczyć Leiden, Amsterdam, Rotterdam i Hagę. Jest to druga co do wielkości wieża w Holandii. 
Z tego miejsca blisko już do rynku i słynnego delftse ratusza. Dookoła placu jest mnóstwo sklepików z mniej lub bardziej tradycyjnymi delftami do kupienia. Kiedy robiliśmy przedślubne zakupy często zaglądaliśmy do Delftu właśnie. W jednym ze sklepów widzieliśmy, jak teraz tworzą się delfty. 
Kiedy obejdziemy już cały rynek dookoła (zaczynając od lewej) trafiamy na ulicę Vrouwenregt, ciągnącą się wzdłuż kanału. To przy tej ulicy mieści się bodaj najsłynniejszy w Delfcie hotel, a przynajmniej najbardziej fotogeniczny – de Emauspoort
Skręcając w lewo w Voldersgracht trafimy do muzeum Vermeera. Jan Vermeer van Delft urodził się właśnie w tym mieście,  w 1632 roku i tutaj też zmarł w wieku 43 lat. Szacuje się, że cały jego dorobek artystyczny to około trzydziestu dzieł. Przydomek/ nazwisko Vermeer zawdzięcza ojcu, który w 1615 roku poślubił córkę człowieka zamieszanego w nie do końca legalne interesy i dodał sobie do imienia dodatek Vos, czyli lis. Później zmieniono je na Vermeer właśnie. Jan był drugim dzieckiem, miał starszą siostrę Gertruy. Ożenił się w 1653 roku z katoliczką (sam katolikiem nie będąc) Cathariną Bolnes, z którą miał ponad dziesięcioro dzieci (ile nie wiadomo dokładnie, różne są źródła). 
Vermeer lubił malować kobiety. Pochłonięte pracą, jak Nalewająca mleko, Warząca perły czy Koronczarka, ale także takie, które oderwały się na chwilę (dłuższą) od swoich zajęć, jak Pijana dziewczyna, Żołnierz i śmiejąca się dziewczyna, Pisząca list, Kobieta w niebieskiej sukni, czy wreszcie Przerwana lekcja muzyki. Tytułu ostatniego obrazu Susanna Kaysen użyła jako tytułu swojej biograficznej książki o pobycie w szpitalu psychiatrycznym, na podstawie której nakręcono w 1999 film pod tym samym tytułem z Winoną Ryder i Angeliną Jolie. Najsłynniejszym i najbardziej rozpoznawalnym (dzięki filmowi ze Scarlett Johansson) obrazem Vermeera jest Dziewczyna z perłą.
Malarz namalował tylko dwa obrazy inspirowane miastem, w którym mieszkał. Szkoda, że tylko dwa, ponieważ dzięki nim wiele wiadomo o ówczesnym Delfcie, jeden z nich to Uliczka, a drugi Widok Delft, który pokazuje leniwe życie w mieście, z perspektywy rzeki Schie, nad którą leży. Tyle o Vermeerze, nie tylko on pochodzi z Delft.
Miasto znane jest głównie z niebiesko - białego fajansu, tzw. delftów. Mogą to być talerze, kubki oraz dekoracje wykonane z fajansu, czyli porcelany z zanieczyszczonego kaolinu. Fajanse wypala się w temperaturze 1000 stopni C i mogą być białe, lub jasnokremowe. W Polsce fajanse tworzy się we Włocławku, Ćmielowie i w Kole. W tym ostatnim znajduje się też Muzeum Technik Ceramicznych. Holenderskie, delfickie fajanse powstały jako zamiennik porcelany, którą sprowadzano wówczas (a był to wiek VXII) z Chin za niebotyczne pieniądze. Charakterystyczne jest ich wzornictwo, są motywy i scenki ręcznie malowane niebieską farbą, prawdopodobnie wzorowane na właśnie chińskiej porcelanie w ten deseń. Fajans tworzono mieszając glinę z marglem, był to fajans niskiej jakości, produkt dla mas.
Miasto do końca XVI wieku było jednym z jego głównych producentów w Europie. Większość fabryk fajansu, a jak na takie małe Delft było ich tam wtedy multum, upadło przed 1840 rokiem, do dziś przetrwała jedna fabryka, królewska, De Porceleyne Fles, znana też jako Royal Delft założona w 1653 roku. Przydomek królewska (hol. koninklijke) zyskała jednak dopiero w 1919 roku.

Dziś fabryki fajansu można odwiedzać, a także kupić sobie pamiątkę zrobioną na wzór i podobieństwo dawnych fajansów - od kafelków, przez kufle i dekoracyjne drewniaki po jednorazowe torebki - wszystko inspirowane jest delfickim fajansem. Zapewne zauważycie to spacerując po Delfcie. Idąc wzdłuż Voldersgracht miniemy mnóstwo kawiarni, pizzerii i oczywiście sklepików z pamiątkami. Kiedy skręcimy w prawo za mostkiem i pójdziemy wzdłuż kanału zobaczymy Oude Kerk, czyli stary kościół. Kościół, którego wieża niebezpiecznie wychyla się na kanał. Podobno jest tak z powodu problemów przy budowie kościoła. W tym właśnie kościele został pochowany Vermeer. Koniecznie wybierzcie się na spacer uliczkach Oude Delft wzdłuż kanału. Z pewnością traficie na coś w kolorach biało – niebieskich, albo na jakiś rower ;)

W mieście co rusz ukryty jest jakiś malutki placyk, albo ryneczek, pełen klimatycznych kafejek z pyszną kawą i jabłecznikiem serwowanym z waniliowymi lodami. Warto skorzystać z okazji i skosztować tradycyjnej niderlandzkiej Appeltaart. 

W Delfcie znajduje się również TU Delft, holenderska politechnika. W związku z tym miasto ma "bardzo silną nadreprezentację mężczyzn w wieku produkcyjnym" (via http://pl.wikipedia.org/wiki/Delft, pisownia oryginalna).  Prawdą jest jednak, że TU Delft jest największym delfickim pracodawcą, a kształci się tam ponad 17 tysięcy studentów nie tylko z Holandii. TU Delft powstała w 1842 roku, jako Królewska Akademia Budownictwa. Dziś jest Uniwersytetem Technicznym.

Do innych zabytków Delftu należą między innymi:

  • Synagoga. Wybudowana w 1862 roku, we wnętrzu znaleźć można ekspozycję upamiętniającą ofiary II wojny światowej.
  • Vermeer Centrum Delft. Jak Leiden do Rembrandta, tak i Delft przywiązane jest do swojego malarza. Są tam reprodukcje prac malarza, w chronologicznej kolejności, jego pracownia , a także specjalna wystawa "Love letters from Vermeer", która odkrywa tajemnice niektórych obrazów. Czynne od 10.00 do 17.00
  • Fabryki fajansu: De Porceleyne Fles i de Candelaer. Można wziąć udział w warsztatach :)
  • Ogród botaniczny.
  • W Delfcie odwiedzić można także muzeum tytoniu.
Delft jest spokojnym, troszkę leniwym miastem na zachodzie Holandii. Warto je odwiedzić, bo pełne jest klimatycznych miejsc, zabudowa Delftu jest przepiękna, nie można jej pomylić z żadnym innym miastem, dlatego też Delft bardzo rzadko gra Amsterdam w filmach. Jak wiadomo nie mieszkam tam, ale kiedyś chciałam, stąd też mam do Delftu sentyment i zawsze z przyjemnością je odwiedzam, podobnie jak Leiden. 
A Wy? Odwiedzilibyście Delft?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz