NIJMEGEN - NAJSTARSZE MIASTO NIDERLANDÓW

NIJMEGEN - NAJSTARSZE MIASTO NIDERLANDÓW



Nijmegen jest jednym z ciekawszych miast Niderlandii.  Sama nie wierzę, że to napisałam, bo nie mogłam się doczekać, aż się z tego miasta wyprowadzę, ale trudno się nie zgodzić ze stwierdzeniem, że Nijmegen jest ciekawe. Dlaczego? Trudno szukać tutaj płaskich przestrzeni, strzelistych kamienic, mostów i kanałów. Nawet wiatraki są tylko dwa na całe miasto.



Pierwszy raz zetknęłam się z Nijmegen w 2009 roku. Nie polubiłam tego miasta, nie pasowało mi do Holandii, jaką znałam. Wcześniej byłam w Holandii trzy razy, ale za każdym razem właśnie w Holandii, czyli prowincjach zachodnich. Nijmegen należy do prowincji Gelderland (Geldria) i znajduje się na wschodzie Niderlandii. Blisko stąd do Niemiec, zresztą wiele pracujących w Nijmegen i okolicach ludzi mieszka właśnie w Niemczech. Ze swojego pierwszego pobytu zapamiętałam parking dla rowerów i pub dla gejów. Może dlatego, że pierwszy raz widziałam całujących się mężczyzn (na żywo). Szczerze powiedziawszy bardziej podobało mi się wtedy pobliskie Wijchen, w którym mieszkałam. Po kilku tygodniach zapomniałam o Nijmegen. Następne wakacje spędziłam już we Vlaardingen, w prowincji Holandia Południowa. 
Kiedy poznałam mojego męża wciąż byłam studentką. W Polsce, w Łodzi. Jak nietrudno się domyślić życie i związek na odległość było dosyć ciężkie. Dlatego też pojawił się pomysł wyjazdu na Erasmusa i kontynuacja studiów w Holandii. Nie bez przeżyć, ale udało się. Stałam się studentką Radboud University Nijmegen.




Wcześniej przeglądałam zdjęcia tego uniwerka i raczej mi się nie podobał. Nie było to zamczysko jak np. Uniwersytet w Liege, w Belgii, który także rozważałam. Charakterystyczna wieża przypominała jednak jeden z budynków toruńskiego uniwersytetu, na którym studiował MR RIGHT, więc uznałam to za dobry znak. Gdybym miała porównać Nijmegen do jakiegokolwiek polskiego miasta to byłby właśnie Toruń. Zarówno Nijmegen, jak i Toruń to miasta nad rzeką, do którego wjeżdża się po ogromnym moście, a z okna samochodu widzisz most kolejowy (analogicznie z okna pociągu). Toruń leży nad Wisłą, a Nijmegen nad rzeką Waal, która jest dopływem Renu. Choć właściwie nie wiem, jak to nazwać - czy dopływ to dobra nazwa? Ren przekracza granicę niemiecko - holenderską w Spijk, a koło Nijmegen jest najszerszy, to tam rozdziela się na trzy części - Waal, Dolny Ren i Ijssel.




Nijmegen jest najstarszym miastem Niderlandii. To jest fakt, choć o koronę najstarszego miasta walczyło kilka miast, np. Maastricht, Dordrecht i Lejda. Spacerując po Nijmegen nietrudno nie zauważyć, że miasto jest stare. Stare są budynki, ulice i znaki. Już na wjeździe do miasta zostajemy poinformowani, że to jest de oudste stad van de Nederlands. Pierwsza, historyczna nazwa Nijmegen to Oppidum Batavorum. Miasto powstało ok. 5 roku n.e., ale dopiero około 98 roku otrzymało nazwę i prawa miejskie od rzymskiego cesarza Trajana. Nijmegen ma więc bardzo bogatą historię – od Cesarstwa Rzymskiego, poprzez handel hanzeatycki aż do dziś. Sama nazwa pochodzi od słów Novio Magius, czyli nowy rynek.



Na rynku zresztą warto się zatrzymać. To tutaj najłatwiej znaleźć można to, co kojarzy nam się z Holandią – wysokie kamienice, wielkie okna i ozdobne budynki. Z rynku w Nijmegen łatwo można też trafić na bulwar nad Waalem czy na ruiny starych zamków i kościołów. Zdecydowanie najładniejszym budynkiem w tym mieście jest budynek wagi. Waag, stolica nijmegeńskiego handlu średniowiecza, główne centrum dowodzenia jeśli chodzi o ważenie, mierzenie i narzucanie ceł. Jest to renesansowa budowla, prawdopodobnie jedna z najładniejszych w całej Holandii. Według mojego wykładowcy budynki w podobnym stylu można znaleźć także w Skandynawii, nie wiem, nie byłam.


Idąc lub jadąc z rynku na Uniwersytet trafiamy na jeden z dwóch wiatraków – Zwarte Molen, czyli Czarny Wiatrak. Drugi znaleźć można spacerując z rynku lub z dworca w kierunku dworca autobusowego Nijmegen Dukenburg.



Specjalnie piszę o tych wiatrakach, bo ja na początku nie potrafiłam ich znaleźć i Nijmegen widziało mi się raczej jako bardziej niemieckie niż niderlandzkie miasto. Zresztą podobnie uważał także MR RIGHT :) W Nijmegen nie ma też charakterystycznej dla Niderlandii równiny, tutaj możemy spotkać równie i nierównie pochyłe i nie ma depresji! Nijmegen jest stałym lądem i oprócz humorów Waal z niczym nie musi się zmagać. Pod nijmegeńskimi domami nie ma pali (no, może pod niektórymi), które zapobiegałyby osuwaniu się domów, nie ma tu też żadnych szklarni z tulipanami (te z kolei można znaleźć w pobliskim Lent). Pisząc o historii miasta nie sposób nie wspomnieć, że Nijmegen zostało zbombardowane w czasie II Wojny Światowej. Alianci myśleli, że to już Niemcy i zrzucili bomby właśnie na Nijmegen. W związku z tym ucierpiał słynny most nad Waal. Jest to jedyny taki most w Holandii.


Ja w Nijmegen studiowałam. Nie byłoby to jednak możliwe, gdyby nie fakt, że znajduje się tam Uniwersytet. Radboud University Nijmegen jest czwartym co do wielkości uniwersytetem w Niderlandii. Do 2004 roku był uniwerkiem katolickim, wciąż jednak mottem RUN jest szczęśliwie w imię Boga. Uniwersytet w Nijmegen powstał dlatego, że kościół katolicki chciał mieć swój uniwersytet. Nijmegen wygrało z Tilburgiem, Maastrichtem (znowu!) i Den Bosch. Sześć lat temu Radboud zajął 136. miejsce w światowym rankingu uniwersytetów. Także Uniwersytet ucierpiał podczas II Wojny Światowej -  został zbombardowany, kilu wykładowców trafiło do Dachau.


Zrobił się już całkiem długi wpis, a ja wciąż nie opisałam dumy Nijmegen – Parku Goffert. Park jest ogromną, zieloną połacią w samym sercu miasta. To tutaj odbywają się koncerty, targi i wszelkie większe eventy. To tutaj zagrali w tym roku Gunsi. Można tu znaleźć urokliwe zakątki, pomniki, ale także mnóstwo spokoju. Uwielbiałam biegać z rana w parku Goffert. Zwłaszcza, że mieszkałam blisko parku. Lubiłam to - ja - typowa Sowa sama z siebie wstawałam wcześnie rano, ubierałam się i wychodziłam na zewnątrz żeby tylko pooddychać tym wspaniałym, rześkim powietrzem! Było wspaniale. Warto było zwlec się z łóżka kilka godzin wcześniej, rozpocząć dzień wcześniej! Nie mówię, że jutro, ale pewnego dnia po prostu #ruszdupęzrana i delektuj się wchodem słońca. Są piękniejsze, magiczniejsze niż zachody!



Ok, teraz już na podsumowanie – co warto zobaczyć w Nijmegen?

  • Oczywiście rynek, budynek Waag i warto przespacerować się w dół uliczki (za rogiem znaleźć można też kilka czerwonych witryn). 
  • Bulwar nad Waal. 
  • Park Goffert
  • Muzeum rowerów Velorama (do znalezienia na bulwarze nad Waal – Waalkade)
  • Kościół św. Stefana. Można do niego trafić z rynku, jego wieżę widać z daleka. Kościół otwarty jest np. w poniedziałek rano. Można tam znaleźć pozostałości po niderlandzkiej walce z kościołem – Iconoclastic revolt, czyli wszystkie święte figurki mają pourywane głowy.
  • Muzeum Valkhof. Dla tych, którzy interesują się historią Starożytnego Rzymu. 


Dla tych, którzy szukać będą holenderskości polecam kanał w Nijmegen. Łączy on dwie niderlandzkie rzeki – Waal i Maas (Moza). Znaleźć go można kierując się na osiedla Neerbosch lub Zwanenveld.

Odwiedzilibyście Nijmegen?

MARZENIA O HOLANDII.

MARZENIA O HOLANDII.


W pewną lipcową noc przemierzałam na rowerze senny Obdam. Śpieszyłam się, było już późno, a ja następnego dnia musiałam wstać wcześnie i pójść do pracy. Noc była ciepła i jasna. Jasna, dzięki przepięknie oświetlonym oknom mijanych przeze mnie domów. Zaciekawiona zerkałam w piękne przystrojone witryny.
Rodziny, całe rodziny zbierały się przy stolikach kawowych i kominkach, żeby wypić po szklance jenevera (to dorośli) i gorącego kakao (to dzieci). Zbierali się, żeby porozmawiać, pograć w karty, pobyć razem. Zatrzymywałam się czasem, żeby popatrzeć. Siedzieli w kręgu, wszyscy razem, śmiali się, ucztowali, cieszyli się sobą. Żadnych komputerów, telefonów, tylko ożywiona rozmowa en face. Offline. To było jedno z tych doświadczeń, kiedy uświadamiasz sobie, jak bardzo Holendrzy różnią się od Polaków, jak bardzo nasze kultury i religie wpisały nas w ramy postępowania, a także myślenia.

Och, jak ja lubiłam te swoje niderlandzkie wojaże! Rowerem pod osłoną nocy w Niderlandii nie bałam się nigdy. Moja wyobraźnia w tej kwestii chyba teraz jest żywsza. Lubiłam też otwartość Holendrów, niezasłonięte okna, blask świec na parapetach i urok lampek choinkowych właśnie w lipcowe noce. Przypominały mi, jak w wiele grudniowych nocy szłam przejść się po Opolu i skręcałam w ulicę Czaplaka, żeby spojrzeć w witrynę kawiarni Book a Coffee.
Zawsze było tak pięknie, jak z bajki - często na zewnątrz był śnieg i zima, a po tamtej stronie światełka, ludzie siedzący na miękkich kanapach, z kubkiem pysznej kawy w ręku, czasem sami, z książką, a czasem wtuleni w siebie. Lubiłam przystanąć przed tą witryną i uśmiechać się sama do siebie widząc zakochane pary wpatrzone w siebie jak na pierwszej randce (co nie znaczy, że później ludzie już tak nie patrzą!). Piękne dziewczyny w wielkich, wełnianych swetrach oversize z idealnymi kreskami na powiekach i paznokciami pomalowanymi na czerwono, w jeansach i karmelowych kozaczkach albo w leginsach w śnieżynki i tych śmiesznych emo butach. I ich mężczyźni o mocno zarysowanych szczękach, z dwudniowym zarostem, i wielkimi, błyszczącymi oczami. Mężczyźni o silnych rękach, z błyszczącymi zegarkami na nadgarstkach, ubrani w luźne bluzy i jeansy. Uśmiechnięci i wpatrzeni w swoje dziewczyny, czasem trzymali je za ręce, a ich uściski były pewne i władcze, widać było, że nie widzą świata poza sobą. Single pewnie też by się znalazły, ale ja stałam i marzyłam, że pewnego dnia też usiądę tam z ukochanym i będziemy jedną z tych pięknych, wpatrzonych w siebie par. To było najmagiczniejsze miejsce jakie znałam. Bardzo inspirujące.

Takie też były niderlandzkie okna. Biło z nich ciepło, radość i spokój. Wszystkie te pozytywne emocje udzielały się mi - wracałam do domu uśmiechnięta i spokojna. Często później zastanawiałam się, jakie będzie moje niderlandzkie okno. Chciałam, aby na ulicę wychodziło okno z salonu, a nie z kuchni. Chciałam, aby samotny przechodzeń patrząc w moje okno czuł to samo, co ja. Żeby widział dobro, miłość i radość. I żeby trochę mi zazdrościł, tak, jak ja zazdrościłam tym ludziom. Że są otoczeni rodziną, że kochają, że mają tę drugą osobę. Cóż, ja w sennym Obdamie często bywałam sama. Był to mój pierwszy raz, kiedy świadomie wybrałam pokój jedynkę, kiedy przytargałam do niego łóżko z innego pokoju i kiedy pierwszy raz zainspirowały mnie promienie zachodzącego słońca wpadającego przez wielkie okno do mojego pokoju. sama się sobie dziwiłam jak dotąd mogłam żyć w zgiełku akademika, w pokoju, przez który przewijało się mnóstwo ludzi. Podczas juwenaliów w naszym malutkim pokoiku spało osiem osób i normalne poruszanie się po pokoju było raczej niemożliwe. Delektowałam się swoją samotnością i aurą tajemniczości. Delektowałam się tym, że jestem wolna. Oto napisałam i pracę licencjacką i obroniłam się. Oto czekały mnie zmiany i to drastyczne, jak się później okazało, ale wtedy, w lipcu nic się nie liczyło.

Napawałam się rodzinnymi spotkaniami offline, bo sama też wtedy byłam offline. W domku agencyjnym internetu nie było, chodziliśmy więc na sesje pod Spara, ochoczo logowaliśmy w pracy, ja dużo podróżowałam wtedy pociągami. Piękne, minione czasy. Teraz, kiedy myślę o tamtym lecie i spokoju, jaki mi wtedy towarzyszył myślę sobie, że to trochę cisza przed burzą była. Wkrótce bowiem musiałam opuścić senną mieścinkę w Noord Holland. Praca się dla nas skończyła, moje współlokatorki zaczęły ochoczo pakować się do Polski, a ja... Ja nie umiałam się z tym pogodzić. Jak to?! Jest dopiero koniec lipca! Jak to do Polski? NIE!

Opracowałam plan przeprowadzki. Szczęśliwie moja siostra też spędzała wtedy wakacje w Holandii, tam pracy było więcej, postanowiłam się tam przenieść. Rozpisałam wszystko w swoim czerwonym brulionie, sprawdziłam w sieci połączenia, wydzieliłam na podróż część budżetu i spakowałam rzeczy. Było mi smutno opuszczać Noord Holland na rzecz innej, nieznanej mi dotąd prowincji. Czas pokazał, że słusznie - Flevoland nie został moją ulubioną prowincją.


DLACZEGO NIE HOLANDIA?

DLACZEGO NIE HOLANDIA?

Niderlandia. Właśnie tak mówię, choć powinnam mówić "Królestwo Niderlandów". Wcale nie Holandia. Holandia to tylko dwie prowincje, a gdzie pozostałe dziesięć? Z drugiej strony myślę sobie, że nazwa "Polska" też kojarzyć się może z nazwami dwóch województw; Wielko - i Małopolski, a gdzie Śląsk, Kaszuby i Pomorze? Gdzie dialekty, góry i jeziora? Właśnie. Dlatego też nie dziwi mnie wszędobylskie Holland. Co ciekawe, po kaszubsku Holandia nazywa się... Néderlandzkô (!) Powszechnie wiadomo, dlaczego winno się mówić Królestwo Niderlandów - jest król, który sobie tu rządzi, jak to w monarchii, odziedziczył fuszkę po matce, a kiedy mu się znudzi rządy obejmie jego córka. Stabilizacja i spokój, żadnych drogich kampanii prezydenckich etc. Monarchia.

Fakt, iż Niderlandy obecnie są monarchią nie oznacza, że zawsze tak było. Królestwem Niderlandów Holandia stała się decyzją Kongresu Wiedeńskiego w 1815 roku. Wcześniej bardzo długo pozostawała republiką, a kraj w swych początkach zamieszkiwana była przez plemiona germańskie i celtyckie. Geograficznie była pod wpływem Rzymu, aczkolwiek szybko rejony te zostały podbite przez Franków. Kilka słów o historii Niderlandii przeczytacie już w tym wpisie, więc nie będę powtarzać, jak to wolni Fryzowie byli wolnymi Fryzami.


Holandia monarchią jest zaledwie od dwustu lat, wcześniej, Niderlandy były republiką. W XVI wieku był to fenomen na skalę światową, z czego Holendrzy do dziś są niezwykle dumni. Republiki nie cieszyły się popularnością, gdyż prym wiodło przekonanie, że systemy monarchiczne gwarantują lepszą stabilizację i nawiązują do starych dobrych czasów. Proklamowanie republiki mogło się więc wydawać pomysłem szalonym i niedorzecznym, aczkolwiek w Republice Siedmiu Zjednoczonych Prowincji system ten działał bez zarzutu przez wiele lat, co także wpłynęło na ukształtowanie się tożsamości zbiorowej i pryzmatu, przez jaki wiele Flamandów postrzegało ówczesny świat.

W czasach republikańskich Holandia zbudowała największą w Europie flotę, a dzięki tzw. Kompanii Wschodnio – Indyjskiej wyparła w handlu Francję i Portugalię i właściwie zdominowała cały ówczesny handel europejski. W niedługim czasie rozpoczęła się ekspansja kolonialna, nic więc dziwnego, że właśnie ten czas postrzegany jest w historii Niderlandów jako prawdziwy Złoty Wiek. Kraj święcił triumfy na każdym polu, ekonomicznym, kulturalnym i politycznym. W tym czasie żyli i tworzyli m.in. Rembrandt, Hugon Grotius, Christian Huygens czy Baruch Spinoza a także pojawiły się w Niderlandach pierwsze tulipany.


Złoty wiek Republiki Niderlandzkiej zakończył się w drugiej połowie XVIII wieku, a w 1795 Republika została rozwiązana na dobre. Data ta związana jest z wkroczeniem Napoleona do Niderlandów oraz koronowaniem brata francuskiego władcy na króla Holandii, ale już wkrótce po zmianie ustroju Niderlandy zostały jednak wcielone do Cesarstwa Francji. Ten krótki czas ma jednak widoczne do dziś skutki, jak choćby obowiązujący system miar i wag czy uznanie, że wszyscy są równi.

Monarchia i ostatnia już zmiana ustroju nastąpiła po śmierci Napoleona, w 1813, a królestwo proklamowane zostało w 1815 roku. Sama dynastia niderlandzka wywodzi się z Niemiec, co po dziś dzień pozostaje głęboko zakorzenionym kompleksem społeczeństwa, zwłaszcza, że holenderska była już królowa, Beatrix w 1966 roku wyszła za mąż za Clausa vom Ausberga. Temu wydarzeniu towarzyszyło wiele kontrowersji, Claus, Niemiec z pochodzenia, powiązany był niegdyś z organizacjami typu Hitlerjugend czy Wehrmacht. Mężem jej matki, królowej Juliany także był Niemiec, Bernhard Lippe–Biesterfeld, który miał trzy nieślubne córki i był oficerem SS. Panujący obecnie król Królestwa Niderlandów Willem-Alexander jest więc w 75% Niemcem, co również determinuje pewne zachowania społeczeństwie.

Niezwykle znaczącym w historii Niderlandów faktem jest reformacja. Chrześcijaństwo zostało w tym kraju zaprowadzone dość wcześnie, między 690 a 739 rokiem naszej ery za sprawą brytyjskiego mnicha Willibrorda, który został później patronem całej Holandii i Luksemburga. Niderlandami, które dziś utożsamiane są tylko z Holandią określano wtedy jednak nie tylko ten kraj, ale wszystkie trzy kraje Beneluksu. Pod rządami Habsburgów główną religią Królestwa było chrześcijaństwo, aczkolwiek po wystąpieniu Marcina Lutra Holendrzy zaczęli szukać innej religii.


Skupionych na handlu i obracaniu pieniędzmi Holendrów szczególnie pociągał kalwinizm, który propagował prostotę i "ciułanie" pieniędzy. Oparty na nauce o predestynacji nurt nawoływał do ciężkiej pracy, co motywowane było głównie chęcią pokazania, że należy się do grupy, która dostąpi zbawienia. Inne założenie tegoż obozu bardzo surowo odnosiło się do wszelkiego rodzaju ozdobień i udziwnień w kościołach, co w końcu doprowadziło do tzw. Rewolty Ikonoklastów (nid. Beeldenstorm, ang. Iconoclastic revolt). Niewiele wiadomo jest o przyczynach tego ruchu, najprawdopodobniej leżały one w rządach Filipa II i jego namiestniczki Małgorzaty Parmeńskiej, którzy chcieli nawrócić Królestwo i zaprowadzić na powrót religię chrześcijańską w kraju. Wiązało się to niestety z licznymi morderstwami i prześladowaniami na tle religijnym.

W tym miejscu pokrótce nadmienić należy jak wyglądało życie Holendrów, kiedy krajem rządził ojciec Filipa II Karol V. Nie tylko zjednoczył on do końca całe Niderlandy podporządkowując sobie księstwo Fryzów, ale i zsekularyzował ostatecznie kraj przyłączając biskupie księstwo Utrechtu do całego kraju. Jako, że sprawował władzę nad terenem gdzie nigdy nie zachodziło słońce nie czuwał skrupulatnie nad każdą rzeczą w Królestwie. Stąd Holendrzy czuli się wolni i nieograniczeni, handlarze chętnie przechodzili na nową religię, u podstaw której leżało oszczędzanie i ciężka praca. Jak zostało to zauważone wcześniej ludzie motywowali się nawzajem do ciułania i jest to jedna z legend dotyczących specyficznie wielkich okien w Holandii. 
Wracając do Rewolty Ikonoklastów trzeba również wspomnieć o podłożu wyznaniowym - rewolucja polegała na niszczeniu obrazów i figur religijnych w kościele zgodnie z zasadą, że w kościele należy się modlić w spokoju i ciszy własnej duszy i nie powinny znajdować się tam żadne rozpraszacze i ozdobniki. W ruchu uczestniczyli Holendrzy z każdej sfery społecznej, różnych płci i niemal w każdym wieku, różniły się także ich pobudki, stąd tak ciężko podać jedną przyczynę rewolty. Do tych najpopularniejszych zaliczyć można przeciwstawianie się przywilejom kleru, kalwinistyczna "czystość kościoła", sprzeciw wobec alkoholu na mszy i pogląd, że chrześcijaństwo zatraciło to, co najważniejsze w eucharystii – wiarę w Boga.


Od czasu Rewolty Ikonoklastów Niderlandy już na zawsze podzieliły się na protestancką północ (Republika Siedmiu Zjednoczonych Prowincji) i katolickie południe. Podział ten z czasem przerodził się w dwa odrębne państwa: Holandię i Belgię, z których to Holandia była protestancka, a Belgia, zwana także Niderlandami Hiszpańskimi, katolicka. Wydarzenia są o tyle ważne w kontekście zaufania w społeczeństwie i tworzenia się kultury narodowej, że różnice i podziały religijne widoczne są w Holandii po dziś dzień, a na początku lat 90 ubiegłego wieku stanowiły bardzo istotny podział społeczeństwa. Jednak nie dzisiaj o tym.

A Niderlandy? Ot, spolszczona wersja niderlandzkiego słowa opisującego nadmorski, depresyjny teren. Dosłownie - "neder" (niski/ płaski) + "land" (kraj). Nazwa kraju obejmuje więc wszystko to, co o wciąż walczą mieszkańcy tego kraju. Bóg stworzył Ziemię, ale to Holendrzy stworzyli Holandię - mawiają. Jak? A tak! Skoro kraj nizinny i depresyjny i wszędzie tylko woda to pierwsze co przychodzi Wam na myśl to raczej nie drzewa, prawda?


A to właśnie od drzew prowincje Holland zawdzięczają swoją nazwę. Ciężko w to dziś uwierzyć, ale kiedyś zachód Niderlandii był bardzo zalesiony. Stąd zaczęto nazywać go Hout Land. Drzew było dużo, dlatego budowano drewniane domy, które były znacznie tańsze niż te budowane z cegły, poza tym lżejsze, a to ważne w kraju, gdzie zamiast ziemi jest glina. Nadmienić muszę, że nazwa Houtland wywodzi się z czasów przedśredniowiecznych, nic więc dziwnego, że obecnie Houtland przywodzi na myśl bardziej drewniane domki Zaanse Schans czy drewniane pale wbite w ziemię pod Amsterdamem. Szacuje się, że pod samym tylko Amsterdamem wbitych jest ponad 11 milionów (!) dębowych pali. Sam dworzec stoi na niemal 9 tysiącach pali. Sprowadzano je głównie ze Skandynawii, ale także z Polski.

Amsterdam zresztą to temat rzeka, z pewnością nie na dziś ;) Dziś prowincje Zuid - i Noord Holland leżą poniżej poziomu morza. Średnio 5 metrów. Co więcej w czasach opisanych wcześniej, a nawet zanim prowincje te były jeszcze Houtlandem cała Niderlandia była jednym wielkim torfowiskiem i bagnem :) Między innymi stąd biorą się te wszystkie frazesy o Holendrach, którzy stworzyli Holandię. A właściwie Niderlandię. A oficjalnie Królestwo Niderlandów. 
Królestwo Niderlandów to pełna nazwa kraju, która ma w sobie tylko mały, europejski kraj, ale także jego zamorskie tereny: Arubę, Curacao i Sint Maarten.

Jak więc powinno się mówić? Ciężko powiedzieć. W Polsce oficjalna nazwa to Holandia. Co na to sami Holendrzy? Na szczęście po angielsku mówi się the Netherlands ;)

Pozdrawiam,
Simona

DELFT - NIEBIESKIE MIASTO

Przez długi czas kiedy myślałam o mieszkaniu w Niderlandii tak naprawdę chciałam mieszkać w jednym miejscu – w Delfcie. Wiedziałam to ja, moi bliscy, każdy, kto wszedł na mój profil na fejsie, każdy, kto znał mojego tumblra, każdy, kto mnie poznał i pytał poznawał to słowo – DELFT. Dziś opowiem Wam, dlaczego uznałam, że tylko tam i nigdzie indziej będę szczęśliwa. Co takiego jest w tym mieście i dlaczego podoba mi się jego nazwa. 
Nazwa miasta pochodzi prawdopodobnie od słowa delven, czyli kopać, kopalnia, czy też zagłębiać. Obecnie słowo delft oznacza także fajans. Na początku podobała mi się nazwa. I to, że nie ma polskiego odpowiednika, jak Leiden (Lejda) i większość niemieckich miast (bardzo długo nie wiedziałam co to Norymberga...). Później kilka razy przejeżdżałam przez to miasto podróżując pociągiem z Vlaardingen do Leiden. Później odwiedziłam to miasto. Delft to stare miasto, prawa miejskie uzyskało w 1246 roku. Uznawane jest za jedno z najpiękniejszych – a według niektórych źródeł najpiękniejsze – miasto Niderlandów. Fakt - jest piękne, przypominało mi Leiden i Hoorn klimatem. I mimo, że do morza jest stąd dalej niż z Leiden i nie ma zatoki jak w Hoornie to Delft ma taki urok typowy dla starych, niderlandzkich miast.
Już sam budynek dworca robi wrażenie, a spacerując wzdłuż kanału Westsingel podziwiać możemy piękną, średniowieczną zabudowę. Z dworca w zaledwie kilka minut trafić możemy do serca Delftu, szklanej niebieskiej bryły, która nie wszystkim przypomina serce, ale niewątpliwie nim jest. Zwiedzający robiący sobie przy nim zdjęcie oprócz Hart van Delft mają w tle często kawałek ratusza albo Nieuwe Kerk, jednego, z najpopularniejszych zabytków. Nieuwe Kerk (po polsku Nowy Kościół) dla zwiedzających jest zamknięty w niedziele, ale z najwyższej wieży można przy dobrej pogodzie zobaczyć Leiden, Amsterdam, Rotterdam i Hagę. Jest to druga co do wielkości wieża w Holandii. 
Z tego miejsca blisko już do rynku i słynnego delftse ratusza. Dookoła placu jest mnóstwo sklepików z mniej lub bardziej tradycyjnymi delftami do kupienia. Kiedy robiliśmy przedślubne zakupy często zaglądaliśmy do Delftu właśnie. W jednym ze sklepów widzieliśmy, jak teraz tworzą się delfty. 
Kiedy obejdziemy już cały rynek dookoła (zaczynając od lewej) trafiamy na ulicę Vrouwenregt, ciągnącą się wzdłuż kanału. To przy tej ulicy mieści się bodaj najsłynniejszy w Delfcie hotel, a przynajmniej najbardziej fotogeniczny – de Emauspoort
Skręcając w lewo w Voldersgracht trafimy do muzeum Vermeera. Jan Vermeer van Delft urodził się właśnie w tym mieście,  w 1632 roku i tutaj też zmarł w wieku 43 lat. Szacuje się, że cały jego dorobek artystyczny to około trzydziestu dzieł. Przydomek/ nazwisko Vermeer zawdzięcza ojcu, który w 1615 roku poślubił córkę człowieka zamieszanego w nie do końca legalne interesy i dodał sobie do imienia dodatek Vos, czyli lis. Później zmieniono je na Vermeer właśnie. Jan był drugim dzieckiem, miał starszą siostrę Gertruy. Ożenił się w 1653 roku z katoliczką (sam katolikiem nie będąc) Cathariną Bolnes, z którą miał ponad dziesięcioro dzieci (ile nie wiadomo dokładnie, różne są źródła). 
Vermeer lubił malować kobiety. Pochłonięte pracą, jak Nalewająca mleko, Warząca perły czy Koronczarka, ale także takie, które oderwały się na chwilę (dłuższą) od swoich zajęć, jak Pijana dziewczyna, Żołnierz i śmiejąca się dziewczyna, Pisząca list, Kobieta w niebieskiej sukni, czy wreszcie Przerwana lekcja muzyki. Tytułu ostatniego obrazu Susanna Kaysen użyła jako tytułu swojej biograficznej książki o pobycie w szpitalu psychiatrycznym, na podstawie której nakręcono w 1999 film pod tym samym tytułem z Winoną Ryder i Angeliną Jolie. Najsłynniejszym i najbardziej rozpoznawalnym (dzięki filmowi ze Scarlett Johansson) obrazem Vermeera jest Dziewczyna z perłą.
Malarz namalował tylko dwa obrazy inspirowane miastem, w którym mieszkał. Szkoda, że tylko dwa, ponieważ dzięki nim wiele wiadomo o ówczesnym Delfcie, jeden z nich to Uliczka, a drugi Widok Delft, który pokazuje leniwe życie w mieście, z perspektywy rzeki Schie, nad którą leży. Tyle o Vermeerze, nie tylko on pochodzi z Delft.
Miasto znane jest głównie z niebiesko - białego fajansu, tzw. delftów. Mogą to być talerze, kubki oraz dekoracje wykonane z fajansu, czyli porcelany z zanieczyszczonego kaolinu. Fajanse wypala się w temperaturze 1000 stopni C i mogą być białe, lub jasnokremowe. W Polsce fajanse tworzy się we Włocławku, Ćmielowie i w Kole. W tym ostatnim znajduje się też Muzeum Technik Ceramicznych. Holenderskie, delfickie fajanse powstały jako zamiennik porcelany, którą sprowadzano wówczas (a był to wiek VXII) z Chin za niebotyczne pieniądze. Charakterystyczne jest ich wzornictwo, są motywy i scenki ręcznie malowane niebieską farbą, prawdopodobnie wzorowane na właśnie chińskiej porcelanie w ten deseń. Fajans tworzono mieszając glinę z marglem, był to fajans niskiej jakości, produkt dla mas.
Miasto do końca XVI wieku było jednym z jego głównych producentów w Europie. Większość fabryk fajansu, a jak na takie małe Delft było ich tam wtedy multum, upadło przed 1840 rokiem, do dziś przetrwała jedna fabryka, królewska, De Porceleyne Fles, znana też jako Royal Delft założona w 1653 roku. Przydomek królewska (hol. koninklijke) zyskała jednak dopiero w 1919 roku.

Dziś fabryki fajansu można odwiedzać, a także kupić sobie pamiątkę zrobioną na wzór i podobieństwo dawnych fajansów - od kafelków, przez kufle i dekoracyjne drewniaki po jednorazowe torebki - wszystko inspirowane jest delfickim fajansem. Zapewne zauważycie to spacerując po Delfcie. Idąc wzdłuż Voldersgracht miniemy mnóstwo kawiarni, pizzerii i oczywiście sklepików z pamiątkami. Kiedy skręcimy w prawo za mostkiem i pójdziemy wzdłuż kanału zobaczymy Oude Kerk, czyli stary kościół. Kościół, którego wieża niebezpiecznie wychyla się na kanał. Podobno jest tak z powodu problemów przy budowie kościoła. W tym właśnie kościele został pochowany Vermeer. Koniecznie wybierzcie się na spacer uliczkach Oude Delft wzdłuż kanału. Z pewnością traficie na coś w kolorach biało – niebieskich, albo na jakiś rower ;)

W mieście co rusz ukryty jest jakiś malutki placyk, albo ryneczek, pełen klimatycznych kafejek z pyszną kawą i jabłecznikiem serwowanym z waniliowymi lodami. Warto skorzystać z okazji i skosztować tradycyjnej niderlandzkiej Appeltaart. 

W Delfcie znajduje się również TU Delft, holenderska politechnika. W związku z tym miasto ma "bardzo silną nadreprezentację mężczyzn w wieku produkcyjnym" (via http://pl.wikipedia.org/wiki/Delft, pisownia oryginalna).  Prawdą jest jednak, że TU Delft jest największym delfickim pracodawcą, a kształci się tam ponad 17 tysięcy studentów nie tylko z Holandii. TU Delft powstała w 1842 roku, jako Królewska Akademia Budownictwa. Dziś jest Uniwersytetem Technicznym.

Do innych zabytków Delftu należą między innymi:

  • Synagoga. Wybudowana w 1862 roku, we wnętrzu znaleźć można ekspozycję upamiętniającą ofiary II wojny światowej.
  • Vermeer Centrum Delft. Jak Leiden do Rembrandta, tak i Delft przywiązane jest do swojego malarza. Są tam reprodukcje prac malarza, w chronologicznej kolejności, jego pracownia , a także specjalna wystawa "Love letters from Vermeer", która odkrywa tajemnice niektórych obrazów. Czynne od 10.00 do 17.00
  • Fabryki fajansu: De Porceleyne Fles i de Candelaer. Można wziąć udział w warsztatach :)
  • Ogród botaniczny.
  • W Delfcie odwiedzić można także muzeum tytoniu.
Delft jest spokojnym, troszkę leniwym miastem na zachodzie Holandii. Warto je odwiedzić, bo pełne jest klimatycznych miejsc, zabudowa Delftu jest przepiękna, nie można jej pomylić z żadnym innym miastem, dlatego też Delft bardzo rzadko gra Amsterdam w filmach. Jak wiadomo nie mieszkam tam, ale kiedyś chciałam, stąd też mam do Delftu sentyment i zawsze z przyjemnością je odwiedzam, podobnie jak Leiden. 
A Wy? Odwiedzilibyście Delft?
Copyright © 2014 NIEPOSPOLITA NL , Blogger