Sztuka życia. Hi ho, let's go!

Najgorzej zacząć – mówią. Może i tak, ale zdarza się, że najtrudniej jest wytrwać. Albo, że najtrudniej jest wrócić. Do czegoś. Np. do czegoś, co bardzo się lubiło. W natłoku codzienności, bieganiny z pracy do domu i z domu do praca zatraciłam swoje ulubione czynności. Typu pisanie. A może i słusznie? Nie wiem. Wiem jedno – moje lekkie pióro bawi się gdzieś teraz dobrze daleko ode mnie.

Dlatego też długo czekałam na odpowiedni moment, żeby zacząć. A właściwie wrócić. Czekałam na moment idealny, który przecież nie istnieje. Odkładałam na później i później powrót do blogowania – to później miał określać szablon idealny, nazwa idealna, ale im dłużej myślałam, tym bardziej wszystkie nazwy były zajęte, a moja głowa pękała w szwach. W pracy na przemian popadałam w euforię i nie mogłam się na niczym skupić, byle tylko sprawdzić, czy owa domena jest zajęta, czy nie…
Ale czy to tak naprawdę się liczy? Czy to ważne, jak profesjonalnie wygląda Twój blog? Nauczyliśmy się, że blog musi być minimalistyczny, przejrzysty, wszystko na jedno kopyto. Że dobór fontów i kolorów jest najważniejszy. Że na blog trzeba zarabiać, że musi być zakładka współpraca… A gdzie podziała się po prostu przyjemność z samego blogowania?
Może to tylko moje odczucia, że wszystko jest takie samo, wszyscy mają identyczne meble kupione w Ikei, wszyscy kochają biel i wszyscy są minimalistami mającymi super prosperujące własne biznesy. W Polsce.

Ja nie. Nie mieszkam w Polsce, od tego zacznijmy. Mieszkam w kraju, w którym zakochałam się 11 lat temu. I który jest trudnym krajem do życia – powiedzmy to sobie szczerze. Można kochać emigrację i nienawidzić. Po której stronie Ty jesteś?
Tak, żyję na emigracji, nie pracuje w #korpo w Mordorze na Domaniewskiej. I jest mi z tym dobrze. Wcale nie musisz czuć się gorsza, jeśli nie masz tego wszystkiego, co pokazuje instagram. Nie podróżujesz i kariera nie ma dla Ciebie znaczenia. Za to młodo wyszłaś za mąż i jesteś szczęśliwa.
Masz dużo więcej niż Ci się wydaje. Spokój ducha. Może i Twoja praca w Holandii nie jest najwyższych lotów. Może ciężko pracujesz fizycznie. Może w brudzie, pyle i kurzu. Może w upałach i deszczach. Nie zawsze mamy to, czego chcemy. W dobie mody na minimalizm i kochanie swojej pracy często zapominamy o tym, że praca marzeń nie zawsze da nam poczucie  bezpieczeństwa i spełnienia.
Dystans to zen. Dla coś porównywalnego do osiągnięcia stanu nirwany. Dystans to klasa, spokój i niezapominanie np o tym, że po robocie nie gadamy o robocie :) Kiedy ostatnio byłaś ponad tym? Kiedy ja byłam? Nie wiem, nie pamiętam, ja bywam. Niekiedy. Zawsze wtedy, kiedy osiągam stan słodkiego, niewzruszonego zen myślę sobie - czy przejmowanie się czymś takim uczyni mnie lepszą i szczęśliwszą? Jakie będą dla mnie wymierne korzyści? Z plotek nie ma korzyści nigdy. Ze wzruszenia ramion owszem. Dlatego dziś właśnie tego Wam życzę - dystansu. We wszystkim.
I tak na koniec – myślę, że dziś jest dobry dzień na nowy początek. A właściwie powrót.
Co do nazwy – myślałam i myślałam… Aż w końcu trafiłam na ten artykuł Head Divided. Dla mnie to jedno słowo jest dosyć oczywiste.
Niepospolita.

Dziś jest dobry dzień na nowy start. Tak sobie postanowiłam, poza tym nie ma co czekać, nic się nie wydarzy dopóki nie zaczniesz o to walczyć. Tak bardzo chciałam napisać, że to był jeden z tych idealnych poranków - obudziło mnie poranne słońce, z uśmiechem na ustach zeszłam do kuchni celebrować swój kawowy rytuał przy delikatnych porannych nutach dobiegających z radia. Tak bardzo chciałam zacząć idealnie, jak z obrazka. Walczyłam ze sobą, z szablonem, z czasem, z kodem, ze wszystkim. Spinałam się i próbowałam. Zapomniałam przy tym o najważniejszym.
Że najważniejsze to zacząć pisać.
Miłego dnia.

Simona. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz